Igor Strumiński

Niewolnicy powstali na panów,

wyzwoleńcy przeciw szlachetnie urodzonym...”

 

Co naprawdę stało się w Polsce w czwartej dekadzie XI wieku?

 

 

O dramatycznych wydarzeniach, do których doszło w czwartej dekadzie XI stulecia, grzmi przytoczonymi w tytule słowami słynna Kronika Polska Galla Anonima, powstała bez mała wiek później na dworze księcia Bolesława Krzywoustego. Co wiemy dzisiaj o tych zagadkowych, wciąż niejasnych dla historyków zaburzeniach, czasem określanych mianem „buntu” bądź „powstania ludowego”, czasem „reakcji pogańskiej”? Postaramy się przybliżyć odpowiedź na to pytanie, a także ustalić, czy przywołane tu terminy właściwie oddają sens gwałtownych i kluczowych dla epoki wydarzeń. Na początek jednak przyjrzymy się dość dokładnie państwu pierwszych Piastów – a nawet sięgniemy znacznie wcześniej, do tajemniczych Lechitów – by odpowiedzieć na pytanie, skąd na mapie Europy wzięła się Polska i jak żyło się w niej poszczególnym warstwom ludności. Umożliwi to zrozumienie chaosu, pozornie tylko nagłego, jaki państwu wczesnopiastowskiemu przyniosła czwarta dekada jedenastego stulecia.

 

I. Czy państwo polskie zostało założone przez ... Wikingów?

 

Z dzisiejszego, siłą rzeczy nieco kanapowego punktu widzenia, codzienne życie ogromnej większości ówczesnego społeczeństwa – ludności wiejskiej – może się zdawać koszmarem, istnym piekłem na ziemi. Jednak dla rzesz ludności przywykłych do ekstremalnie ciężkich warunków egzystencji, częstych walk wewnętrznych i najazdów z zewnątrz oraz bezwzględnej eksploatacji przez władców, możnych i obdzielane ziemią rycerstwo warunki, które my nazwalibyśmy okropnymi, stanowiły codzienność. Jak dalece i te, trudne okoliczności musiały się pogorszyć, by po siedmiu dekadach istnienia historycznego państwa polskiego, licząc od około 960 roku – a uwzględniając „dzieje bajeczne”, po czterech stuleciach funkcjonowania tajemniczych prapolskich organizmów administracyjnych, „lechickiego” i piastowskiego – wybuchł tak ogromny bunt?

 

Zaczniemy zatem od wędrówki w głąb dziejów zwanych przez historyków nieraz „bajecznymi”, hen! do mitycznego Lecha oraz nieco bardziej prawdopodobnych Kraka, Popiela i Piasta Kołodzieja. Zabieg taki wydaje się konieczny, by móc zrozumieć to, co z taką mocą nastąpiło w wieku XI. Otóż według intrygującej i wciąż kontrowersyjnej „teorii najazdu”, najdobitniej wyłożonej w połowie XIX wieku przez galicyjskiego historyka Karola Szajnochę (Lechicki początek Polski, 1858), po okresie wędrówki ludów, kiedy to z powodu upadku Imperium Rzymskiego ziemie Słowian podlegały nieustannym najazdom, doszło do podporządkowania obszaru dzisiejszej Polski skandynawskim przybyszom – wojowniczym Normanom zwanym też Wikingami. Lechici, Lachy, owe dwa rzekomo słowiańskie pojęcia, Szajnocha wywodzi od szwedzkiego terminu „lag” – towarzysz, wojownik. Skandynawowie wymawiali „lag” jako „lach”, co zresztą potwierdza dawna ortografia szwedzka, w której po końcowym „g” ongiś występowało nieme „h”, dziś usunięte (np. dagh – dzień, godh – dobry). Czyli dawna pisownia to „lagh”, a stąd do „lach” już blisko. Ponadto słowo „lacha” oznacza „podstępny”, co też bierze pod uwagę Szajnocha, m.in. w związku z pochodzeniem imienia Lech, Leszek. A zatem Lachy czy Lechici to... podstępni Wikingowie! I to oni są „ojcami założycielami” Polski!

 

Oficjalna historiografia ma na to od dawna odpowiedź kwestionującą „teorię najazdu” i odsyłającą ją na półki z literaturą „bajeczną”, obok Starej Baśni Józefa Ignacego Kraszewskiego i innych wywodów pozanaukowych. Owszem, występuje w niej podział na: 1) mocno tajemniczy „okres lechicki”, mniej więcej od VII do IX wieku, kiedy to na ziemiach późniejszej Polski teoretycznie mogli żyć jacyś „bajeczni” władcy jak Krak w wieku VII czy Popiel w IX stuleciu, choć niekoniecznie byłyby tam także smoki spod Wawelu czy ludożercze myszy z Kruszwicy, 2) przejściowy „wschodniolechicki” czy też wczesnopolski, gdy w IX-X wieku formowało się w obecnej Wielkopolsce lechicko-piastowskie państwo Polan (sąsiednimi, zachodnimi Lechitami mieliby być Słowianie Połabscy, co zresztą przyjmuje „oficjalna” historiografia, m.in. Henryk Łowmiański) oraz 3) okres historyczny, „wczesnopiastowski”, trwający od ok. 960 roku, tj. od dojścia do władzy udokumentowanego historycznie księcia Mieszka I vel Dagome (to alternatywne imię księcia z dokumentu Dagome Iudex każe zwolennikom teorii skandynawskiej dopatrywać się w Mieszku co najmniej pół Wikinga – a może nawet całego) do tytułowego kryzysu w latach 30. XI wieku, a czasem przedłużany aż do roku 1138 – do śmierci Bolesława Krzywoustego. Tak np. jest u Henryka Łowmiańskiego w jego fundamentalnych 6-tomowych Początkach Polski, wydanych w II połowie XX wieku.

 

Skąd jednak pojęcie „Lechici, Lech, Lachy”? Czy jest ono tylko „bajeczne”? Dawni badacze, sami w swych wywodach mocno „bajeczni”, łączyli ich chętnie np. ze Scytami i Sauromatami, zwanych też u nas Sarmatami, innym razem z zagadkowymi Wenedami, jeszcze innym z jakimiś nieokreślonymi przybyszami z Kaukazu – i tak dalej. Z reguły chodziło o tajemniczych najeźdźców ze stepów Eurazji, a wiadomo, że i Scytowie, i Sauromaci zjawili się na naszych ziemiach ponad wszelką wątpliwość, choć ci pierwsi pół tysiąca lat p.n.e., a ci drudzy około przełomu starej i nowej ery. Abstrahujemy tutaj od dyskusyjnej kwestii „sarmackiej”, ale trzeba przyznać, że ten irański niewątpliwie lud ma ponoć, według najnowszych badań genetycznych, podobny do polskiego haplotyp. Czyli nawet najbardziej „szalone”, nienaukowe teorie, jak najazdu Wikingów – Lechitów lub pokrewieństwa Sarmatów z polską szlachtą, mogą zawierać niemałe ziarnko prawdy...

 

Wróćmy jednak do oficjalnych naukowych wyjaśnień w sprawie Lechitów. Istnieje też inna, powszechnie dziś przyjmowana teoria. Mianowicie Grody Czerwieńskie (Przemyśl, Czerwień i in.), ziemię leżącą między Karpatami a górnym Bugiem, w dobie formowania się „pra-Polski” zamieszkiwało plemię Lędzian. Większość akademickich dziejopisów właśnie w nich dopatruje się owych zagadkowych Lachów alias Lechitów, którzy, obok Polan, nadali Polsce i Polakom alternatywną nazwę. Otóż, a popierają tu historyków także liczni językoznawcy, forma „lędź” łatwo przeszła w formę „lęch”. I wszystko staje sie zrozumiałe! Polska forma „Lędzianie” odpowiada węgierskiej „lengyelek”, „Polacy”. Polskie pierwotne „lęch” zostało przekształcone z „lędź” i następnie zamienione na „lech”. Stąd legendarny, nigdy nieistniejący „Lech” i najzupełniej prawdziwi Polacy – „Lechici”. Stąd także ruska forma „Lachy” czy ziemia „lacka”, stąd wreszcie turecki czy perski „Lachistan”, zniekształcony u nas w formę „Lechistan” – itp. itd.

 

Jednak według Karola Szajnochy i jego zwolenników – a może: wyznawców? – Lechici czy też Lachy to nikt inny jak normańscy najeźdźcy, którzy na swych długich łodziach, albo lądem, od strony spenetrowanego wcześniej Zachodniego Pomorza, wkroczyli na ziemie słowiańskie między Odrą i Bugiem. W tym – na ziemię Lędzian, niemających zdaniem Szajnochy nic wspólnego z Lachami – Lechitami.

 

Pójdźmy tropem kontrowersyjnego galicyjskiego dziejopisa z XIX wieku, ani nie odrzucając jego teorii „najazdu”, ani nie przyjmując jako wykładni ostatecznej. Zobaczymy tylko, jak się ułożą dalsze dzieje „pra-Polski” po przyjęciu jego tez jako podstawy do rozważań. Normanami, a nie słowiańskimi Wiślanami – bo ci ostatni to ludność lokalna – byliby zatem gdzieś w VII wieku Krak i jego córka Wanda. Imię Krak to skand. Kroke, Krok, „kruk” lub „burzyciel”. Kraka zwano też jakoby z rzymska Grakchus lub nawet Graecus, bo ponoć zapędził się aż na helleńskie ziemie upadłego Imperium Romanum. Wanda, utożsamiana czasem z legendarną Wenedą, córą plemienia Wenedów, to nie żadna Wiślanka, a tym bardziej Polka, „co nie chciała Niemca”, ale normańska księżniczka. Inna sprawa, że Skandynawowie nie przepadali za germańskimi pobratymcami spomiędzy Renu i Łaby, rywalizowali z nimi m.in. o ziemie Słowian Połabskich (przypomnijmy, że historycy nazywają te tereny „zachodniolechickimi”, być może nie bez przyczyny). Odrzucali też, jako ludzie wolni i niemal równi swym władcom, rzymską w duchu centralizację państwa Franków, na którego germańskim wschodzie, po rozpadzie u progu IX wieku spuścizny Karola Wielkiego, narodzi się w 962 roku Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, poprzedzone półtorawieczem Królestwa Niemiec. Może to dlatego dumna Wanda nie chciała „Niemca” (w VII wieku byłby to jeszcze wschód państwa Franków, a nie żadne Niemcy!), obcego duchem Wikingom? Zresztą i samobójstwo dumnej kobiety, która wybrała śmierć w Wiśle, a nawet... wawelski smok – wszystko to jest do głębi skandynawskie, zgodne z konwencją tamtejszych sag. Kto wie, a może smok to echo jakiegoś słowiańskiego buntu przeciw normańskiej władzy, jakiś lokalny bohater?... Krak i Wanda mieszkaliby tedy w wikińskim obozie Kroke, dokąd rzeką dotarły normańskie drakkary ze smokami (!) na dziobach i skąd roztaczała się ponoć ich władza nad podbitymi Wiślanami. „Obóz Kraków” należy czytać, po staropolsku, jako „obóz Kraka”. Mamy więc pierwszą stolicę tworzącego się kraju, bo Gniezno, jakkolwiek stołeczne dla znacznie większego obszaru i łączone z początkiem dziejów historycznych, będzie dopiero drugie. A potem, właśnie wskutek zamętu w XI wieku, zwróci palmę pierwszeństwa starszemu zapewne Krakowowi.

 

Jak z grubsza można założyć, centrum „pra-Polski” z kraju Wiślan, późniejszej Małopolski, przeniosło się między VII a IX wiekiem – może w wieku VIII? – do kraju bliskich im i także zachodniosłowiańskich Polan, na terytorium nazwane potem Wielkopolską. Ostatnim spośród skandynawskich z pochodzenia książąt lag(h)ów – Lachów – Lechitów byłby więc Popiel. To skandynawski „Popel”, „maszkara”, „straszydło” – cóż, nie grzeszył urodą – a faktycznie osoba o imieniu Chościsko vel Kost alias Chwostek lub też Chostek. Czyli – skandynawski „Hazdigg”, okrutny ponoć i chciwy władca z Kruszwicy albo ewentualnie Gniezna. Skandynawskie „gnoest” bądź „naeste” oznacza gniazdo. Dodajmy, że nawet orzeł biały lag(h)ów – Lachów to symbol znany ze skandynawskiej Eddy. Popiel i Piast żyli zapewne w połowie IX wieku, jak wynika choćby z datowania pokoleń piastowskich w Kronice Polskiej Galla Anonima. Ziemia ujarzmionych przez Normanów Polan stała się już wcześniej centrum skandynawskiej lechickiej władzy, zastępując Kraków w ziemi także ujarzmionych słowiańskich Wiślan. I nawet myszy, które „zjadły” Popiela-Kosta-Hazdigga, a może Hastingsa – ładnie się to komponuje z miejscem bitwy... Normanów z Anglosasami w 1066 roku! – to „Misingowie”, czyli, zdaniem Szajnochy, Wikingowie. Buntownicy przeciw rządom okrutnika, dawni kompani i krewni, zgodnie zresztą z tradycją podtrzymaną także w literaturze pięknej (Stara Baśń J. I. Kraszewskiego). Może jednak „myszy” to nowa władza, wyrosła z buntu – Piastowie.

 

Jeśli już zawędrowaliśmy nad morze – co prawda Północne – to zdajmy sobie przy tej okazji sprawę, że Gdańsk, inne ważne centrum rzekomo słowiańskich władców, to według „teorii najazdu” miasto Duńczyków, „Dansk”, co potwierdzają starsze wersje nazewnicze, a także nm. „Danzig”. Ostatnią literę, „g”, dodali inni Normanowie – rywalizujący z Duńczykami Szwedzi. Wynika to z natury języka szwedzkiego, twierdzi Szajnocha i – w tym przypadku – potwierdzają też językoznawcy. No i powstał – „Gdansk”. Oczywiście wokół niego rozpościerały się ziemie wschodniopomorskich Słowian, spokrewnionych z Kujawianami czy Polanami, ale centrum władzy było normańskie, wikińskie, utworzone przez Duńczyków. Hamlet, królewicz duński, nie byłby pierwszy, gdyby istniał i – jak pisał Szekspir – wybrał się „do Polski”. Co ciekawe, w mniemaniu XVI-XVII-wiecznych Anglików XII-wieczne Pomorze Zachodnie, gdzie bez wątpienia przybił Hamlet, było... Polską. Tak mocno ugruntował się w świadomości Europejczyków krótki okres władania Bolesława Krzywoustego na tych terenach, właśnie w I połowie XII stulecia!

 

Ale do rzeczy. Misingowie-Wikingowie, zbuntowana drużyna Popiela – owe słynne „myszy” – utorowali drogę do władzy słowiańskim już tym razem Piastom. Stało się to zapewne w połowie IX wieku. Ludzie wciąż jeszcze „bajecznych” Piasta i jego syna Ziemowita szybko pogodzili się i połączyli z normańskimi Lechitami wspólnymi interesami władców. Być może Piastowie to dynastia mieszana, po jakimś tajemnym kompromisie z Lechitami, rodzinno-politycznym, o którym nic nie wiemy. A wówczas Mieszko I istotnie byłby po części Wikingiem... Interesy te bajecznymi jednak nie były. Bo oto staje przed nami kwestia najważniejsza, fundamentalna: władza. Dochodzimy do sedna sprawy i genezy „buntu ludowego” w XI wieku. Jak podbitymi Słowianami rządzili skandynawscy Lechici, a potem słowiańscy Piastowie, czy też może mieszana dynastia lechicko-piastowska, mająca silną domieszkę krwi germańskiej – normańskiej, wzmacnianą potem w X i XI wieku niemiecką? I tym samym – wciąż obcą słowiańskiej ludności Polski, co udowadnia tytułowy wielki bunt.

 

Władza Wikingów, najpewniej szwedzkich (por. szwedzcy Waregowie Ruryka na Rusi), nad podbitymi Słowianami z ziem polskich miała charakter, który dzisiaj można by określić mianem swego rodzaju korporacji handlowej. Przedmiotem handlu, który łączył „lagów” – Lechitów w ową sprawną korporację byli niewolnicy. Łacińskie pojęcie „servi” zastąpiono w średniowieczu słowem „sclavi”, a „Sclavonia” to oczywiście Słowiańszczyzna. Sens jest oczywisty: Słowianie byli dla normańskiej korporacji handlowo-rozbójniczej lagów – Lachów – Lechitów przedmiotem niewolniczego handlu żywym towarem. To istota poglądów Szajnochy i jego zwolenników. Europa Zachodnia dostrzegała w ludzie słowiańskim swoisty rezerwuar bezpłatnej siły roboczej. Współcześni badacze dziejów zwracają wprawdzie uwagę na różne kategorie ludności chłopskiej w tamtej epoce, w tym na sens słowa „servi” u Galla Anonima, w XII-wiecznej Kronice Polskiej, które nie musi oznaczać ludności niewolniczej, a jedynie „niewolną”. To nie to samo. „Servi” to niewolna wiejska ludność zależna, zobowiązaną do świadczeń dla władzy świeckiej, Kościoła, możnych czy rycerstwa. Typowa warstwa wczesnośredniowiecznych rolników. „Sclavi” to z kolei klasyczni niewolnicy, tacy kupowani na targu i stanowiący czyjąś własność. Tyle że łacina średniowieczna miesza bardzo często stary rzymski termin „servus” z nowym „sclavus”. I mamy problem, na który zwraca m.in. uwagę belgijski badacz zjawiska Charles Verlinden w klasycznej już pracy L’esclavage dans l’Europe médiévale (Niewolnictwo w średniowiecznej Europie). A co ciekawe, Gall nie użył pojęcia „sclavi”, niewolnicy, tylko „servi”, niewolni zależni. Jednak niezależnie od rozważań wokół „servi” i „sclavi”, etymologia jest oczywista: Słowianin, „sclavus”, to dla świata Zachodu po prostu niewolnik! Stan ten w umysłach ludzi z Zachodniej Europy – i Skandynawii – trwał od mniej więcej VII wieku i ulegał ugruntowaniu przez kolejne stulecia, nie wyłączając wieku X, kiedy to ostatecznie ukształtowało się największe państwo Słowian (prócz Rusi) – Polska.

 

Przyjęcie zatem tezy o walce „niewolniczej” i pogańskiej Słowiańszczyzny z „pańskim” i chrześcijańskim – postimperialnym, postrzymskim i cesarskim Zachodem, walce przegranej przez cywilizację słowiańską, to najgłębszy sens teorii Karola Szajnochy, wykraczający poza ramy sprawy „lechickiej”. Gdy ją przyjmiemy jako założenie, zrozumiemy istotę wydarzeń z XI wieku: „powstania ludowego” w Polsce.

 

Teoria ta – walki korporacji handlujących niewolnikami, w tym skandynawsko-lechickiej, o okiełznanie słowiańsko-pogańskiego żywiołu i rezerwuaru siły roboczej – do dziś nie daje spokoju uczonym i zwykłym miłośnikom historii. Abstrahując od faktu, że Lechici, wikińscy zdobywcy ziem polskich, na początku także byli poganami... Naprawdę trudno o większą zagadkę dziejową dotyczącą Polski. Przecież idzie tu o sam początek, praprzyczynę, o fundament wczesnośredniowiecznego państwa! Jeśli uznamy, że „teoria najazdu” jest prawdziwa, a przynajmniej dopuszczalna (nikt nie potrafi obalić jej w oparciu o metody naukowe, z wykorzystaniem źródeł – ale też nie sposób jej do dziś potwierdzić), wówczas na dzieje Polski trzeba spojrzeć w zupełnie innym świetle. Skoro powstała ona jako kraina niewolnicza, eksploatowana bezwzględnie przez obcych władców, to czym stała się po roku 966, gdy owi obcy – wyalienowana ze społeczeństwa mieszana dynastia normańsko-słowiańska, lechicko-piastowska – uznała, iż pora się schrystianizować? Siebie, a potem , przymusowo, podległą ludność słowiańską, by dać odpór naciskom z Rzymu i Cesarstwa. A może... w porozumieniu z Rzymem i Cesarstwem? I czy nadal był to kraj oparty na pracy niewolniczej, czy też zapanowały w nim inne, bardziej skomplikowane formy wykorzystywania ludności? Dopiero po odpowiedzi na to arcytrudne i może nawet mało akademickie, niezbyt naukowe pytanie, w pełni pojmiemy sens „powstania ludowego” czy też „reakcji pogańskiej” w XI wieku.

 

 

opracował Igor Strumiński

 

Warszawa, grudzień 2013 – styczeń 2014